Eliezer Ayalon/ Lejzor Herszenfis

Eliezer Ayalon/ Lejzor Herszenfis

Urodził się w Radomiu w 1926 r., obecnie mieszka w Jerozolimie, jest autorem wspomnieniowej książki „A cup of honey” (Filiżanka miodu), przewodnikiem, współpracownikiem Yad Vashem.

Na ul. Witolda wciąż stoi dom, w którym jego rodzina żyła przed wojną. Wtedy Ayalon nazywał się jeszcze Lejzorek Herszenfis i biegał z innymi chłopakami między przekupkami na pobliskim targu na Rajszuli, a także podziwiał wojsko maszerujące do kościoła garnizonowego. Czasem Lejzorka raczył zabrać na mecz piłki nożnej jego starszy brat, znana persona w mieście, bramkarz w drużynie "Gwiazdy". Ciągnęło Lejzorka też do pobliskiego kino Apollo (dziś teatr). Mógł co najwyżej wejść do holu albo postać przed wejściem i poczytać na plakatach, jaki film grają. Ojciec Israel nie po to godzinami zelował buty, by potem pieniądze Lejzorek przepuszczał w kinie. Warsztat był malutki, okoliczna klientela uboga. Teraz mieści się tu zakład naprawy parasoli.


- Czasem żałuję, że pamiętam tak niewiele z tamtego szczęśliwego czasu - mówił mi Ayalon, rocznik 1926, oprowadzając po ukochanej Jerozolimie. Gdy dotarł tam po wojnie, której nie przeżył nikt z jego rodziny, tak się zakochał w tym mieście, że postanowił zostać przewodnikiem i pokazywać je innym. I udało się. Przez długie lata nie był w stanie nikomu opowiedzieć o tym, co przeżył w czasie okupacji. Wreszcie się otworzył, spotkał w Yad Vashem innych, podobnych mu cudem ocalonych. Teraz jest w stanie mówić o filiżance miodu, ale gdy ją sobie przypomina, wciąż płacze. Pracował w Tytoniówce. Pewnego dnia Niemiec powiedział Żydom: Idźcie do domu, do getta się pożegnać i przynieście swoje rzeczy. Tu będziecie teraz spać, tu będzie wasz dom. Lejzorek pobiegł. Nie chciał już więcej wracać do fabryki. Chciał być ze swoimi. Na zawsze, nawet na śmierć. Uprosili go wreszcie, żeby odszedł. Mama Lea Ryfka opowiedziała mu sen, że on jeden, Lejzorek, ocaleje. Odprowadziła go do bramy getta. Gdy już się żegnali, spod obszernej chustki z frędzlami Lea Ryfka wyciągnęła pożegnalny dar - filiżankę z miodem. - Skąd wzięła miód, którego nie jedli od początku wojny? Skąd elegancką filiżankę? - zastanawia się Ayalon. Przez następne dni nie wypuszczali nikogo z Tytoniówki, likwidowali getto. Lejzorek nigdy już nie zobaczył swoich. Została mu tylko filiżanka i dopóki ją miał, dopóki w nocy się do niej przytulał, to było tak, jakby oni byli. Nawet wtedy, gdy wywieźli ich z Tytoniówki do Bliżyna, do obozu, potem do Płaszowa, nawet jak tam zachorował na tyfus. W końcu Niemiec zabrał filiżankę i jeszcze pejczem smagnął Lejzorka, że ten nie dość szybko chciał ją oddać. To było w pięć miesięcy po pożegnaniu ze swoimi. Lejzorek płakał, ale nie z bólu od pejcza, tylko z tęsknoty za filiżanką, za swoimi, za ul. Witolda i dawnym życiem.


Po wojnie, przez Włoch, Lejzor trafił do Izraela. Tam stał się Eliezerem Ayalonem, przewodnikiem i zamieszkał w Jerozolimie. Przez lata pracował też w Yad Vashem. Chociaż Jerozolimia to dla niego najpiękniejsze miasto świata, to kiedy tylko stało się to możliwe, czyli po upadku komunizmu, przyjechał do Polski i Radomia, bo to też – jak mówił – przepiękne miejsce. Po 1990 r. był w Polsce i Radomiu kilkanaście razy, prowadził grupy młodzieży z Izraela, także starszych. Zawsze starał się tak organizować wycieczki, by nie pokazywać tylko obozów koncentracyjnych, ale i zabytki, zwykle miejsca, kiedyś dla kogoś ważne. A że dla niego najważniejsza była ul. Witolda i Radom, to tu przywoził wycieczki. „Jestem Lejzorek Herszenfis, a tu stoi mój dom…” - tak rozpoczyna się zwiedzanie z Lejzorkiem.


Renata Metzger

Salomon Birenbaum

Salomon Birenbaum

Urodził się w 1926 roku w Radomiu. Tu uczęszczał do szkoły podstawowej. Rozpoczęcie dalszej nauki w żydowskim gimnazjum Towarzystwa „Przyjaciół Wiedzy” uniemożliwił wybuch wojny. Od roku 1941 przebywał w radomskim getcie. Był więźniem obozu zagłady w Auschwitz i obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. W maju 1945 roku na krótko wrócił do Radomia, z którego następnie wyjechał do Warszawy. Rozpoczął naukę w gimnazjum w Falenicy, ale już w roku 1946, po powrocie ojca z gułagu w Republice Komi, wyemigrował do Szwecji, a następnie do Stanów Zjednoczonych. W roku 1953 roku podczas wojny koreańskiej został powołany do armii amerykańskiej. Dwa lata później powrócił do cywila i ukończył studia inżynierskie. Założył własną firmę produkującą kondensatory. Do dziś mieszka w USA. W Polsce bywał po wojnie wielokrotnie, wielokrotnie też odwiedzał Radom. Dwa lata temu przybył na obchody 70 rocznicy wyzwolenia Auschwitz, a do swego rodzinnego miasta przyjechał wówczas na zaproszenie Resursy Obywatelskiej, na premierę filmu "Ocaleni". Rok później znów gościł w Radomiu, gdzie mógł obejrzeć film dokumentalny o sobie, nakręcony podczas jego poprzedniej wizyty przez "Resursę Obywatelską".

Marcin Kępa

Tuvia (Tadek) Friedman
Tuvia (Tadek) Friedman

Tuvia Friedman urodził się w 1922 r. w Radomiu, zmarł w styczniu 2011 r. w Izraelu -jeden z najbardziej znanych tropicieli zbrodniarz nazistowskich, współpracownik Szymona Wiesenthala. Przyczynił się do wytropienia i pojmania około 250 hitlerowskich zbrodniarzy, w tym i odpowiedzialnych za zagładę radomskiego getta. Tuvię miałam zaszczyt poznać w Izraelu w 2004 r.

- Proszę - starszy pan w kraciastej marynarce, pod krawatem, kłaniając się lekko unosi czapkę i wręcza wizytówkę. „Tuvia Friedman. The Hunter” (myśliwy).
- A jeszcze to. Gdzie ja mam głowę, zapomniałem - Tuvia uśmiecha się przepraszająco i wyciąga z teczki pudło czekoladek. Śpiewają ptaki, morze aż błyszczy w słońcu, pachną kwiaty. Siedzimy na górze Karmel i podziwiamy Hajfę, gdzie mieszka Tusia.
- Myśliwy? - dziwię się.
- Najlepiej zacznij jednak od tej w białej polewie. A wiedziałaś już, tu zaraz jest grota Eliasza… No tak, myśliwy. Nie bój się, nie zabijałem bezbronnych zwierząt. Polowałem na ludzi, to znaczy nie na ludzi, na hitlerowców - precyzuje Tuvia. Prostuje się, rośnie w oczach, ubywa mu lat od tego wyznania. Widać, że jest dumny z polowań, ze zdobyczy. Jeśli przez chwilę uciekał od tematu, to widać, że było to zaplanowane, grał na wywołanie większego efektu. O żadnych wyrzutach sumienia nie może być mowy, tym bardziej o wstydzie. Może Tuvii tylko trochę żal. Że nie łapał zbrodniarzy dość szybko, że  iluś tam uniknęło kary, że nie można było stosować prostej przecież zasady: oko za oko.
- Ilu złapałem? Ze dwustu, ale i tak za mało. Czas mijał, oni się coraz lepiej chowali, a ludzie, Żydzi chcieli zapomnieć i żyć. Żyć: przyjechać do Izraela, ożenić się, dzieci mieć a nie rozpamiętywać, czy gonić po Europie albo i dalej w poszukiwaniu bandytów. Jasne, ja też chciałem żyć, ale nie mogłem zapomnieć. Taka była moja misja: zemścić się. Kogo było najtrudniej łapać? Oczywiście Eichmanna – tego Tuvia jest pewien.

Tuvii udało się przeżyć likwidację Getta W Radomiu. Przeszedł przez obóz pracy przy ul. Szkolnej, gdy Niemcy likwidowali produkcję w Fabryce Broni, Tuvia z kolegą Rotsztajnem i Ickiem Gutmanem, znanym też jako najsilniejszy człowiek Radomia i stąd noszącym przezwisko Byk, przesiedzieli kilka dni w skrytce, w kotłowni fabryki. Potem ruszyli do lasu. Było lato 1944 roku i wolność wydawała się być na wyciągnięcie ręki, za Wisłą. Niestety uciekinierom rzeki nie udało się sforsować, bez powodzenia pozostały też próby dostania się do jakiegoś oddziału partyzanckiego. Podając się za Polaków przyjaciele zgłosili się do kopania rowów przeciwczołgowych. Potem próbowali znaleźć jakąś pracę w Radomiu. Wszędzie prędzej czy później znajdował się jakiś „życzliwy” identyfikujący ich jako Żydów i grożący, że doniesie Niemcom. Owszem byli i tacy radomianie, którzy pomagali. Byk mimo, że najsilniejszy fizycznie, nie wytrzymał psychicznie. Gdy otoczyła go grupa wyrostków z krzykiem: „Żyd”, nie próbował się nawet bronić czy uciekać. Tuvia i Rotsztajn nigdy więcej już go nie zobaczyli. Ukrywali się znów w lesie, na  żydowskim cmentarzu, w Radomiu na strychach opuszczonych domów.

W styczniu 1945 r. było już jasne, że to wreszcie koniec. Tuvia widział Niemców uciekających z miasta, widział Rosjan zajmujących Radom. Pobiegł do centrum, na Podwalną. -  Synagoga stała, ale nie było tam nikogo. Nigdzie, gdzie kogokolwiek znałem nie było nikogo. Domy stały, moich nie było - wspomina. Wtedy stało się jasne, że tak najbardziej Tuvia chce zemsty. Chce krwi za krew, życia za życie.  - Otwarcie to powiedziałem tym, co przyszli z Lublina i zaczęli rządzić. Najpierw byłem w milicji, potem w UB. Jako człowiek UB trafiłem do Gdańska. Tam wciąż pełno było Niemców. Oczyszczaliśmy z nich miasto, robiliśmy selekcję - opowiada Tuvia.
- Selekcję?
- No który był w policji, SS, albo który mi się nie spodobał. Takie miałem widzi mi się, a bo co?
- Przyjemnie było robić selekcję?
- Tak. I biliśmy, biłem po mordzie. Jak mnie kiedyś bili. Oj, dobrze było przywalić. Brałem odwet. Za ojca, za matkę, za siostrę, za braciszka, za wszystkich moich wymordowanych. Ale Niemce słabe. Od razu w krzyk, płacz. Nie to co Żydzi. Nas można było bić, a krzyków nie było…. Rok tak pracowałem aż postanowiłem ruszać do Palestyny, bo coraz więcej się mówiło, że tam powstanie  żydowskie państwo. Przez Czechy dostałem się do Wiednia, stamtąd miałem plan do Italii a tam na statek i przez morze.

***
 W Wiedniu Tuvię dopadł jednak Radom. Był kwiecień 1946 r. Friedman zwiedzał miasto, zatrzymał się akurat przy gmachu parlamentu, gdy usłyszał: Tuvia!!! Krzyczał urodzony w Radomiu Heniek Rakocz. To on powiedział Tuvii, że w obozie dla nazistowskich żołnierzy utworzonym pod Salzburgiem jest Buchchmayer, kierujący w getcie komandem roboczym. Tuvia odnalazł go w obozie, zidentyfikował, poszukał ludzi, którzy złożyli zeznania przeciw hitlerowcowi. - Dostał 15 lat. Potem był Ryszard Schögl. Ten Schögl też był bez charakteru. W więzieniu siedział i płakał i co rusz pytał: dlaczego ja? Przecież ja nie byłem taki najgorszy. Cholera! Wszyscy oni mieli taki tekst!
W poszukiwaniu świadków przeciwko Schöglowi Tuvia ruszył do Stuttgartu. Zaraz po wojnie ściągali tam ocalali z obozów zagłady na terenie Niemiec, Austrii radomscy Żydzi. - Ilu znajomych się spotkało. Ach, co za radość była. Tam, w Stuttgarcie, na chwilę był taki mały Radom - Tuvia jeszcze dziś uśmiecha się do tych wspomnień.
Okazało się, że nie jeden Tuvia myśli o zemście. Co więcej, w Stuttgarcie byli tacy, którzy dzięki swoim umiejętnościom malarskim, krawieckim czy innym podczas okupacji codziennie stykali się z wysoko postawionymi gestapowcami, bandytami. Teraz bez trudu mogli ich rozpoznać. Szybko utworzyła się grupa: Tuvia, Srulek Akerman, Szyja Koperwasser i Mosze Perl. Najbardziej chcieli dopaść Wilhelma Bluma, Obersturmbannführera SS. Szyja sprzątał u Bluma, Akerman robił dla niego piękne drewniane skrzynie, w które gestapowiec pakował łupy. Perl, malarz, stawiał na tych skrzyniach równe, ładne literki. Takie literki to nawet Niemcom mogły się spodobać, bo wiadomo, że u nich na pierwszym miejscu porządek. No więc Perl, bywało że i kilka razy na miesiąc musiał stawiać się u Bluma i malować równiutko na wielkich, drewnianych pakach adres pani Blumowej. Adres zapamiętał.
Jak dokładnie wyglądało polowanie na Bluma? Po kilkudziesięciu latach od tamtych wydarzeń usłyszałam kilka różniących się wersji. Pojawiały się i różne nazwiska biorących udział w pościgu. Pamiątkowa Księga Żydów Radomskich z 1961 r. przytacza te same nazwiska które podał Tuvia. Jego wersja jest też zbieżna z opowieścią jaką usłyszałam w 2004 r. od mieszkającego w domu opieki w Tel Avivie Perla.
Radomianie pojechali do Düsseldorfu pod zapamiętany przez Perle adres, ale dom był zniszczony. Perl pamiętał jeszcze inny adres, teściów Bluma w Cismarku, aż pod duńską granicą. Pojechali. W autobusie do Cismarku Szyja zdrętwiał: frau Blum - wyszeptał pokazując towarzyszom elegancką kobietę.
- Chcieliśmy Bluma zabić. Dopaść, bić, bić i zabić, nawet kamieniami, nawet gołymi rękami, żeby poczuć. I tak staliśmy pod tym domem. W końcu Mosze i Srulek pojechali do komendantury po pomoc a ja i Szyja zostaliśmy na straży. Przyjechali Anglicy, z nimi nawet polscy żołnierze i wpadliśmy do domu. Przedstawiliśmy się a Blumowa w krzyk: wy napad robicie a my dla was tacy dobrzy byliśmy. Skoro była taka miła, to jeszcze zapytaliśmy się czy nie wie, gdzie jest szef męża, dowódca SS i policji w Radomiu Herman
Böttcher. Okazało się, że obaj są w obozie, skąd podobno nawet mieli być wkrótce zwolnieni, bo nie było dowodów przeciwko ich zbrodniom. Tośmy je szybciutko dostarczyli - cieszy się z dobrze wykonanej pracy Tuvia.   
Obaj dzięki ekstradycji trafili do Radomia. Blum został skazany 19 sierpnia 1947 r. i stracony 10 kwietnia 1948 r., wyrok na Böttcherze wykonano 12 czerwca 1950  r.
Tuvia wrócił do Wiednia, który w międzyczasie stał się jego nowym domem. Wieść o sukcesie radomian w poszukiwaniu nazistów rozeszła się i do Friedmana zgłaszało się coraz więcej osób z prośbą o pomoc. - Złapaliśmy i oddaliśmy pod sąd bandytów z Kołomyi, Stanisławowa, Krakowa, Stryja, Borysławia. Oczywiście resztę bandytów z Radomia. Niektórzy „radomiacy” siedząc już w więzieniu, za kilka papierosów wydawali swoich dawnych nazistowskich kolegów. „My siedzimy, niech i oni siedzą. W czym jesteśmy gorsi?” - mówili. Nasza grupa złapała od 1946 do 1952 r. tak ze dwustu morderców - twierdzi Tuvia.
***
W Wiedniu usłyszał o Adolfie Eichmanie. - Z nim był problem, bo trudno było znaleźć osoby, które pamiętałyby jak wygląda. Nie było żadnych fotografii. Ale udało nam się namierzyć jego żonę i dzieci. Byłem pewien, że to sukces. Chciałem ich wziąć jako zakładników, ale szefostwo stwierdziło, że takie metody nie będą przez nas stosowane. Trudno było mi się z tym pogodzić – twierdzi Myśliwy. Widać, że ciągle ma żal w związku z tą decyzją. Może też trochę zazdrości tym, którzy ostatecznie dopadli Eichmana, chciałby być na ich miejscu. Twierdzi, że sam miał już w 1957 r. dokumenty wskazujące na to, że zbrodniarz ukrywa się albo w Kuwejcie albo w Argentynie. Swoją historię poszukiwania Eichmana opisał w książce „The Hunter”, która ukazała się w Nowym Jorku. W 1952 r. Tuvia zamieszkał w Izraelu. Skończył studia rozpoczęte jeszcze w Austrii, podjął pracę jako dziennikarz, przyczynił się do złapania jeszcze kilku nazistów. W Hajfie, gdzie zamieszkał założył Instytut zajmujący się dokumentacją zbrodni nazistowskich. Półki w regałach Instytutu uginają się pod ciężarem maszynopisów pełnych opisów zbrodni. Wśród nich kilka tomów o Myśliwym i jego dokonaniach, jeden o kimś kto dawno temu żył w Radomiu „Opowiadania Tadka Frydmana o jego przeżyciach podczas okupacji niemieckiej w Radomiu w latach 1939- 45”. – Masz, tego w Polsce jeszcze nikt nie widział. Może ktoś by chciał… - Tuvia/ Tadek wręcza mi wielki plik.      
- Podobno czasem zabijaliście złapanych hitlerowców?
- Kończ już dziewczyno te czekoladki - denerwuje się Tuvia. - Zaraz całkiem się roztopią!
- Podobno…? – nie poddaję się
- Podobno - uśmiecha się Tadek.
Renata Metzger
.
Tekst poniższy ukazał się w radomskim Miesięczniku Kulturalnym „Resursa” w 2009.

Bernard Gotfryd

Bernard Gotfryd

Wybitny fotografik i pisarz żydowskiego pochodzenia. Urodził się w 1924 roku w Radomiu i tu spędził dzieciństwo. Jego rodzina mieszkała przy ulicy Wąskiej. W czasie wojny stracił rodziców, wielu krewnych i znajomych.  Podczas okupacji pracował w zakładzie fotograficznym Chilka Borensteina.

Wówczas związał się z polskim ruchem oporu, przesyłając odbitki zdjęć pokazujących zbrodnie dokonywane przez Niemców w okupowanym Radomiu. W 1943 roku, po nieudanej próbie ucieczki z getta, trafił do obozu koncentracyjnego na Majdanku, potem do innych obozów. Po wojnie zdołał odnaleźć rodzeństwo i wyemigrował do USA, gdzie zasłynął jako fotografik znanych amerykańskich reżyserów, aktorów, tancerzy, ludzi sztuki. Przez wiele lat współpracował z amerykańskim magazynem „Newssweek”. W 1983 roku, przyjechał ponownie do Polski, aby dokumentować wizytę papieża Jana Pawła II w naszym kraju, wtedy też odbył własną pielgrzymkę do Radomia.

Był autorem książek wspomnieniowych poświeconych przedwojennemu Radomiowi i holokaustowi: „Antoni gołębiarz i inne opowiadania o holokauście” oraz „Widuję ich w snach. Nowe opowiadania”.

Kończąc karierę, oddał do biblioteki Kongresu Amerykańskiego ponad pięć tysięcy negatywów. Kilkadziesiąt swoich fotogramów podarował też Muzeum Sztuki Współczesnej w Radomiu. Zmarł 3 czerwca 2016 w Nowym Jorku w wieku 92 lat.

Katarzyna Jagiełło

Chaim Kincler

Chaim Kincler

Chaim Kincler urodzony w 1918 r. w Radomiu, zmarły w 2011 w Tel Avivie, długoletni przewodniczący Beit Radom, organizacji skupiającej w Izraelu dawnych radomskich Żydów, inicjator odbudowy cmentarza żydowskiego w Radomiu i wzniesienia tam Lapidarium,.

Chaim - po hebrajsku życie. Życie Chaima Kinclera zgasło 23 listopada 2011 roku, a tym samym przestał istnieć Dom (Beit) Radom w Izraelu.

To symboliczny koniec pewnej epoki


Jest wprawdzie jeszcze w Izraelu kilkunastu dawnych radomian, ale nikt z nich nie ma już siły, by dźwigać Dom Radom na swoich barkach. Resztki sił zmobilizowali w listopadzie 2009 r. Zabrali wtedy - niemówiące już po polsku - dzieci, wnuki na ostatnie tak duże i uroczyste zgromadzenie Beit Radom. W największej sali stowarzyszenia radomian, przy ruchliwej ulicy Hamasger, Chaim Kincler odebrał z rąk prezydenta Radomia Andrzeja Kosztowniaka, w obecności pani ambasador Polski w Izraelu Agnieszki Magdziak-Miszewskiej Medal Bene Merenti Civitas Radomiensis. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek wcześniej był tak bardzo wzruszony.


W Radomiu, gdzie Kincler urodził się w 1918 r., jego ojciec zajmował się handlem. Chyba Kincler senior nie pochodził z Radomia. Senior, bo nie pamiętam imienia. Nie znam także imienia matki czy najmłodszego z trójki ich dzieci. Chaim - a w radomskich czasach często także Henryk - był najstarszy, średni syn to Wolf. Interes seniora Kinclera - sklep przy ul. Żeromskiego - szedł raz lepiej, raz gorzej. Pewne było, że musi starczyć na edukację synów. Świecką. Chaim trafił do Państwowego Gimnazjum im. Chałubińskiego. Nie było tam zbyt wielu Żydów. Do gimnazjum, po którym na długie lata zostały mu w pamięci m.in. strofy polskiej poezji, wędrował Chaim z dwupokojowego mieszkania na drugim piętrze kamienicy w podwórku przy ul. Żeromskiego 25.


Jesienią 1939 r. Kincler miał rozpocząć studia we Francji. Wcześniej starał się o przyjęcie na studia w Polsce. Bez powodzenia. Numerus clasus, numerus nullus We wrześniu wsiadł na rower i z grupą młodych radomian ruszył na wschód, by dołączyć do polskiego wojska. Na wschodzie Kincler znalazł się na terenach zajętych przez Rosjan. Z Białegostoku wrócił do Radomia po rodzinę. Rodzice nie chcieli słyszeć o opuszczeniu Radomia, zdecydowanych represji wobec Żydów jeszcze nie stosowano, a oni pamiętali Niemców z czasów I wojny światowej, czyli jako zwyczajne wojsko czasu zwyczajnej wojny. Zostali z najmłodszym synem w Radomiu, w 1942 r. z radomskiego getta trafili do Treblinki. W domu Chaima w Ramat Gan pod Tel Avivem żyli potem już tylko na powiększonej fotografii. Większość z 30 tys. radomskich Żydów nie miała i tyle szczęścia. Nie zostały po nich nie tylko fotografie, ale nikt kto by ich mógł wspominać. Na szczęście, młodszy o kilka lat od Chaima Wolf nie posłuchał rodziców i ruszyli razem na wschód.


Polska - Wschód - Zachód


Chaim nie lubił mówić o sobie. Wolał o dawnym Radomiu, polityce, sztuce, książkach, filmach, historii, podróżach. Autobiograficzne szczegóły trzeba było z niego dosłownie wyciągać. - Nie męcz mnie już! Co to NKWD? I nie notuj już! Myślisz, że nie widzę? - żartował, gdy próbowałam ciągnąć go za bardzo za język i rzeczywiście notować. A przecież nie widział. Od końca lat 40. był kompletnie niewidomy. Auto, którym jechał jako żołnierz, podczas walk izraelsko-palestyńskich wjechało na minę. W wypadku Kincler stracił wzrok. Na żołnierza już się nie nadawał, ale z powodzeniem skończył studia prawnicze, założył wraz z bratem firmę branży motoryzacyjnej. Zakład braci Kinclerów powstał w Tel Avivie na skrawku ziemi z gajem pomarańczowym. To był jeszcze przedwojenny zakup seniora Kinclera. Raczej w geście solidarności z ówczesną akcją osiedleńczą, niż z myślą o emigracji.


Z radzieckiego Białegostoku w 1940 r. pociągi wypełnione Polakami jechały na Wschód. W którymś z łagrów wylądowali Kinclerowie. Przeraźliwe zimno, wyniszczająca praca fizyczna, głód. W tym samym łagrze znalazł się Stanisław Grabski (ekonomista, poseł na Sejm w II RP, brat Mikołaja twórcy reformy walutowej). Jak wspominał Chaim, Grabski był w bardzo złym stanie. Kincler jako starszy łagrowym stażem, szef jednego z baraków, załatwił mu pobyt w obozowym szpitalu. Z czasem okazało się, że ta interwencja ocaliła Grabskiemu życie. Po układzie Sikorski-Majski zwolniony Grabski wyjechał do Londynu, a Kinclerowie ruszyli do armii gen. Andersa. Nie udało się im jednak dostać do wojska. W południowych republikach - gdzie przynajmniej nie było już tak zimno - pracowali przy uprawie bawełny, w fabrykach.


W 1945 r. Chaim wrócił do Radomia. Wolf z jakichś przyczyn nie dostał pozwolenia na wyjazd z ZSRR. Pomogła dopiero interwencja Chaima u dawnego znajomego - Grabskiego, który tymczasem wrócił do Polski w ekipie Mikołajczyka i w latach 1945-1947 był nawet wiceprezesem Krajowej Rady Narodowej. W Radomiu nie było już rodziny, mieszkanie zajęli lokatorzy i niezbyt przychylnie odnieśli się do sugestii wyprowadzki. Chyba także dzięki Grabskiemu Kincler dostał posadę w Warszawie w Ministerstwie Ziem Odzyskanych. Po sfałszowanych wyborach do Sejmu Ustawodawczego w 1947 r., mając za sobą bagaż doświadczeń z radzieckim komunizmem, Kincler zaczął rozważać wyjazd z Polski. Już wcześniej, korzystając ze swych kontaktów w ministerstwie, pomagał w emigracji ocalałym Żydom.


Chaim trafił do Marsylii i tam dalej organizował nielegalne wyjazdy Żydów do pozostającej pod brytyjskim mandatem Palestyny. Z tamtego czasu pozostał mu sentyment do wszystkiego co francuskie. - Perfumy, wino, sztuka, literatura, auta, no i kobiety - wyliczał Chaim. - Dziecko, jak można nie znać francuskiego!!! - ubolewał, gdy razem słuchaliśmy wiadomości francuskiej telewizji, a ja nic nie rozumiałam.


I znów do Polski


Do Ziemi Obiecanej trafił Chaim już po powstaniu Izraela. Niedługo potem stracił wzrok. Nigdy go to jednak nie ograniczało. Podróżował w interesach po całym świecie, był nawet wybrany na przewodniczącego izraelskiej izby motoryzacji.


Do Polski pozwolono mu przyjechać dopiero w końcu lat 80. Od tamtego czasu gościł w Radomiu wielokrotnie. Był już wtedy szefem Beit Radom. Dawni Radomianie gromadzili się jeszcze wtedy licznie na spotkaniach z okazji polskich świąt państwowych, rocznicy likwidacji getta, i zwyczajnie po to, by powspominać. Dzięki inicjatywie Kinclera, przy poparciu ówczesnych władz wojewódzkich, udało się wskrzesić ślad żydowskiej obecności w Radomiu. Ogrodzono i uporządkowano teren zniszczonego przez Niemców żydowskiego cmentarza przy ul. Towarowej. Z czasem pojawił się tam symboliczny ohel, ustawiono ocalałe macewy.


W połowie lat 90. dzięki niezmordowanemu Kinclerowi, do Radomia zjechali dawni radomianie. Już nie tylko z Izraela, ale z całego świata. Kiedy kilka lat później odnaleziono kolejną, większą partię macew, to znów Kincler rzucił pomysł, by zbudować z nich na cmentarzu pomnik. Po latach starań, dzięki zaangażowaniu władz Radomia, służby więziennej Polski i Izraela, izraelskim sponsorom, udało się w listopadzie 2010 r. Na uroczystość nie dał rady już przybyć Chaim Kincler.


Teraz nie ma już i jego, a ja cieszę się, że przez kilkanaście lat dane mi było znać człowieka prawdziwie dzielnego, mimo że od lat przebywającego poza Polską i Radomiem, zawsze przejętego losami dawnej - tej większej i mniejszej - Ojczyzny. Marzącego o tym, żeby młodzież Radomia i Izraela mogła wzajemnie poznawać swoją historię i siebie nawzajem, by nikt bezmyślny nie wypisywał na radomskich kamienicach "Jude raus".
Wraz ze śmiercią Chaima Kinclera i Beit Radom kończy się symbolicznie pewna epoka Żydów radomian, którzy choć od lat byli poza krajem, to jednak mentalnie nigdy go nie opuścili. Teraz już tylko do nas zależy, czy będziemy chcieli o nich pamiętać, o tych tysiącach, którzy przez setki lat mówili z dumą: Radom, nasz Beit.


Renata Metzger



Fotografia: Chaim Kindler, Ambasador Polski w Izraelu, Prezydent Radomia w 2009 r. w Izraelu podczas wręczania Kincelrowi medalu Bene Merenti Civitas Radomiensis


Powyższy tekst został opublikowany na łamach „Gazety Wyborczej” (edycja radomska) w dn. 02.12.2011


Edward Kossoy

Edward Kossoy

Ten polski prawnik żydowskiego pochodzenia, pisarz i publicysta urodził się 4 czerwca 1913 r. w Radomiu. W 1930 r. ukończył Gimnazjum Państwowe imienia Tytusa Chałubińskiego w Radomiu. Cztery lata później uzyskał dyplom magisterski na Wydziale Prawa i Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Studiował w Monachium, Kolonii i Genewie, uzyskując stopnie doktora praw i nauk politycznych.

W latach 1939-1941, skazany przez NKWD, przebywał w więzieniach i łagrach sowieckich. W tamtym czasie stracił ojca, żonę i córkę. Swoje przeżycia z okresu łagru spisał w formie opowiadań w 1944  r. w Tel Awiwie  w cyklu „Stołypinka” (w formie książkowej ukazały się w 2003 r..  Był żołnierzem armii generała Andersa. Po wojnie przebywał w Izraelu, potem w Szwajcarii. Jako adwokat specjalizował się w sprawach odszkodowań dla ofiar nazizmu. Pisał artykuły o tematyce historycznej, dotyczące odszkodowań, współczesnych stosunków międzynarodowych, dialogu polsko-żydowskiego, m.in. w "Zeszytach Historycznych", wydawanych przez Instytut Literacki w Paryżu. Mieszkał i pracował w Genewie. Swoje życie opisał we wspomnieniach "Na marginesie". W 2007 roku książka była nominowana do literackiej nagrody Nike. Zmarł 11 października 2012 roku w Genewie.

Katarzyna Jagiełło

"Jego życiorysem, nie tylko ze względu na sędziwe lata, których dożył, ale i z powodu niezwykłych osobistych przeżyć, rozgrywających się na tle wielkich historycznych wydarzeń, można by obdzielić wielu; sam Kossoy, skromnie, tytułuje swoje wspomnienia „Na marginesie”, jakoby jego losy – co sugeruje we wstępie - toczyły się nieco na uboczu, mimochodem, obok. A przecież doświadczył wszystkich przekleństw dwudziestowiecznej Historii: jako Polak żydowskiego pochodzenia stykał się (niekiedy boleśnie i bezpośrednio) z polskim antysemityzmem końca lat 30., Holocaust zabrał mu ojca, żonę i córkę, po kilkuletnim pobycie w sowieckim łagrze wrócił do kraju z armią Andersa. W Europie pogłębiał wykształcenie, uzyskując tytuły doktora nauk prawnych i politycznych. Jako adwokat reprezentował tysiące ofiar zbrodni hitlerowskich. A jednocześnie nigdy nie zapomniał o swoim Radomiu: jest wielkim filantropem, który na przestrzeni wielu lat podarował radomskiemu muzeum pokaźną i cenną kolekcję obrazów; jako absolwent „Chałubińszczaka” do dziś wspiera szkołę, będąc hojnym donatorem fundacji zrzeszającej uczniów i absolwentów IV LO. Jest także członkiem Radomskiego Towarzystwa Naukowego, żywo zainteresowanym lokalnymi publikacjami.

O swoich przeżyciach łagrowych napisał zbiór opowiadań „Stołypinka”. Jako blisko dziewięćdziesięcioletni mężczyzna zabrał się do spisywania swoich wspomnień, czego efektem jest niezwykła – wydana w 2006 roku – okazała publikacja „Na marginesie”, w której nasze miasto odgrywa niepoślednią rolę. Szczególnie dużo tu obrazów z czasów szkolnych, z murów Liceum Chałubińskiego, którego Kossoy jest przecież najstarszym (blisko stuletnim, rocznik 1913) żyjącym absolwentem. Na swój sposób ożywają w tym tekście nie bez humoru nakreślone portrety nauczycieli, szkolnych kolegów, sąsiadów. Brak im, co jest zaletą, brązu, pomnikowości – czuje się, że to ludzie z krwi i kości, nie z marmurowych nagrobków. Sporo tu anegdot, zdarzeń z pozoru błahych, które autor przywołuje z właściwą sobie pieczołowitością. Dzięki temu nie tylko doskonale zarysowane są konkretne ludzkie sylwetki, ale i międzywojenna atmosfera (włącznie z charakterystycznym „zapachem”) szkoły. Nie brakuje pieprznych i przaśnych historii ze szkolnych kuluarów, co wyraźnie wyróżnia książkę od wyidealizowanych, sentymentalnych sztubackich wspomnień, od których roi się w polskiej literaturze.


Świetnie naszkicowane są również widoki z Kapturu, wówczas peryferiów Radomia, właściwie nawet – podmiejskiej wsi. W zachowanym do dzisiaj dworku (u zwieńczenia ulicy Dworskiej, po przecięciu Wernera) jakiś czas mieszkał w latach dwudziestych Edward Kossoy. Tu również w opisach daje się odczuć atmosferę radomskiego przedmieścia, które „dąży” do włączenia w granice miasta. Póki co, wyjścia do centrum pozostają jeszcze pieszą (i bosą) wyprawą".

Fragment artykułu Marcina Kępy z "Gazety Wyborczej"

Jehoszua (Joszua) Perle

Jehoszua (Joszua) Perle

Jedną z najwybitniejszych pozycji beletrystycznych z akcją umieszczoną w Radomiu i opisującą miasto, jego przestrzeń a także życie, są Żydzi dnia powszedniego autorstwa klasyka literatury jidysz – Jehoszui (Joszui) Perlego (1888-1944)1. Akcja książki rozgrywa się na przełomie XIX i XX w. w środowisku ubogich radomskich Żydów.

Zgodnie z tytułem, głównym tematem jest tu codzienność – linearny wycinek powszedniego, nieśpiesznego życia w średnim mieście, widzianym oczyma młodego bohatera (i jednocześnie narratora) - kilkunastoletniego Mendla, którego Perle obficie obdarzył swoją wczesną biografią.
Pisarz, podobnie jak bohater jego książki, urodził się w Radomiu w niezamożnej rodzinie żydowskiej, jako jedyne dziecko rodziców, którzy z poprzednich związków mieli już synów i córki. Jak pisze we wstępie do książki autor przekładu Michał Friedman, ojciec Perlego - „biedak nad biedakami” - mocno związany był ze wsią. Mieszkał tam przez dłuższy czas, był młynarzem w osadzie Pająk, a po przeniesieniu się do Radomia wydzierżawił od chłopów łąkę i zajął się handlem sianem i słomą. Tu prawdopodobnie przyszedł na świat jego syn Jehoszua, choć – jak podkreśla Stanisław Zieliński – akt urodzenia sporządzono mu w Radomiu dopiero w 1909 roku2. Niewykluczone więc, że pisarz mógł się urodzić jeszcze na wsi, przed miejską przeprowadzką. Ale ponieważ nowa żona jego ojca „z domu pierwszego męża wyniosła pewne ambicje”3, można przyjąć, że przeniesienie się do Radomia nastąpiło bardzo szybko po ślubie tudzież urodzeniu Jehoszui. Dlatego bez większego ryzyka można stwierdzić, że w Radomiu Perle spędził pierwsze kilkanaście lat życia.

Do dwunastego roku uczył się w chederze – elementarnej szkole religijnej. Potem krótko pracował jako subiekt w sklepie manufaktury, następnie znalazł zatrudnienie w warsztacie ślusarskim. Ponieważ, jak wspomnieliśmy, jego matka była ambitną kobietą, po krótkiej przerwie w edukacji Perle - za sprawą rodzicielki - rozpoczął naukę w gimnazjum, gdzie był wyróżniającym się uczniem. Ukończył cztery klasy, potem wdał się w „romantyczną historię miłosną”4, która zakończyła się rodzinnym skandalem, i zmuszony był wyjechać z Radomia w 1905 roku. Udał się do Warszawy, gdzie miał krewnych. Tam rozpoczął współpracę z prasą żydowską. Debiutował w 1908 roku opowiadaniem Szabes, które ukazało się w jednej ze stołecznych gazet. Zapoczątkowało ono błyskotliwą karierę literacką Perlego, której swoistym zwieńczeniem były powieść Zwykli Żydzi (1935),  (wydana w języku polskim w tłumaczeniu Michała Friedmana dopiero w 1998 roku jako Żydzi dnia powszedniego), za którą otrzymał nagrodę żydowskiego Pen Clubu, i zbiór opowiadań Złoty paw (1939). Pisarz zajmował się również tłumaczeniem literatury polskiej na jidysz. Przełożył kilka książek Janusza Korczaka i Wacława Sieroszewskiego. Do jego ważniejszych przedwojennych publikacji należą także zbiory opowiadań Pod słońcem (1920) i Dziewiąta rano (1930).

Mimo że już za życia doceniony, wydawany, stawiany w równym szyku obok takich żydowskich wirtuozów prozy jak Icchok Lejb Perec (którego uważał za swojego mistrza) czy Szolem Alejchem, Perle nie uniknął tragicznego wojennego losu. Podczas kampanii wrześniowej zbiegł do Lwowa, ale po wkroczeniu tam Niemców powrócił do stolicy. Przebywał w warszawskim getcie, gdzie pracował jako redaktor w Wydziale Propagandy Zakładu Zaopatrywania przy Judenracie. Przez pewien czas pracował także w fabryce cukierków.

W podziemnym archiwum getta złożył rękopis – relację traktującą o jego lwowskich przeżyciach. W 1943 roku przeszedł na aryjską stronę, ale padł ofiarą prowokacji (w tzw. „aferze Hotelu Polskiego”)5 i został schwytany przez Niemców. Wraz z synem wywieziono go do Bergen-Belsen, skąd po krótkim pobycie trafił do Auschwitz, gdzie zginął wiosną następnego roku.  

Jego powieści i opowiadania, opisujące życie polskich Żydów przed II wojną światową, a także relacja z getta warszawskiego, której obszerne fragmenty ukazały się po polsku w zbiorowej pracy „Archiwum Ringelbluma” (1980), należą dziś do klasyki literatury jidysz. Powieść Zwykli Żydzi miała w tym języku trzy wydania. Znakomita większość literackiej spuścizny autora Złotego pawia nigdy nie została przetłumaczona na polski.

Marcin Kępa

***
1 Polski Słownik Judaistyczny datuje śmierć pisarza na wiosnę 1944 roku. Autor wstępu i polskiego przekładu, Michał Friedman, pisze, że Perle zginął w roku 1943. Por. Polski Słownik Judaistyczny t. II, hasło: Perle Joszua (Jehoszua), Warszawa 2003, s. 302-303; wstęp Michała Friedmana w: Jehoszua Perle, Żydzi dnia powszedniego, Wrocław 1998, s. 7.
2 Por. Stanisław Zieliński, Tropem bohaterów Perlego, w: „Słowo Żydowskie”, nr 7 (189) 1999, s. 20-21.
3 Por. wstęp Michała Friedmana w: Jehoszua Perle, dz. cyt.
4 Tamże, s. 7.
5 Chodziło o kontrolowany przez Niemców proceder wyciągania Żydów z getta na aryjską stronę, gdzie za duże pieniądze obiecane mieli paszporty południowoamerykańskich krajów. Punktem „przerzutu” był budynek Hotelu Polskiego w Warszawie, zaś następnymi – zamiast Ameryki Płd. - obozy koncentracyjne. Obszerne studium temu tematowi poświęciła Agnieszka Haska w pracy Jestem Żydem, chcę wejść. Hotel Polski w Warszawie, 1943 (Warszawa 2006).

Dora Zaidenweber (z domu Eiger)

Dora Zaidenweber (z domu Eiger)

Dora Zaidenweber urodziła się 24 stycznia 1924 r. w Radomiu. Jej ojciec był księgowym, pracował dla wielu radomskich przedsiębiorstw, szczególnie z branży garbarskiej. Matka prowadziła gospodarstwo domowe. Jako dziecko Dora wyjeżdżała co roku z rodziną na letnisko do Garbatki. Jako nastolatka uczestniczyła w spotkaniach grupy syjonistycznej oraz w letnich obozach prowadzonych prze tę organizację. Uczęszczała do żydowskiego Gimnazjum Towarzystwa „Przyjaciół Wiedzy”, ale wojna przerwała jej edukację.

W dzieciństwie najpierw mieszkała z rodziną przy ul. Reja 8, później - aż do momentu wysiedlenia do getta - w kamienicy przy Traugutta 51. Przez pewien czas pobytu w getcie uczestniczyła w tajnych kompletach edukacyjnych. Likwidację getta przeżyła dzięki pracy dla wojska niemieckiego stacjonującego w Radomiu. 8 lipca 1943 r. w żydowskim obozie pracy w Radomiu wyszła za mąż za Izraela (później Juliusza) Zaidenwebera.  W sierpniu 1944 r. Dora Zaidenweber przeszła tzw. „marsz śmierci” do obozu w Tomaszowie Mazowieckim, skąd wkrótce została przewieziona pociągiem do obozu w Oświęcimiu. Tam przeżyła między innymi selekcję przed doktorem Josefem Mengele. W styczniu 1945 r., po kolejnym „marszu śmierci” i transporcie kolejowym w odkrytym wagonie towarowym, trafiła na krótko do obozu w Buchenwaldzie, a następnie do obozu w Bergen-Belsen. Została wyzwolona przez wojska brytyjskie 15 kwietnia 1945 r. Po wyzwoleniu trafiła do Stuttgartu, gdzie mieszkała z mężem przez pięć lat. Później wyjechała do USA, gdzie mieszka do dziś w Minneapolis w stanie Minnesota. Tam ukończyła studia ekonomiczne i, tak jak ojciec w Polsce, pracowała jako księgowa. W Minnesocie prowadziła mnóstwo lekcji o Holocauście.


Dora Zaidenweber bywała w Radomiu kilkakrotnie na przestrzeni ostatnich lat. Do rodzinnego miasta przywoziła swoje dzieci i wnuki. Wciąż czuje sentyment do miasta swojej młodości.


Jakub Mitek


Icek Jakub (Joe) Rubinstein

Icek Jakub (Joe) Rubinstein (1920)

Kochaj życie - mówi Joe

Icek Jakub Rubinsztejn oraz jego brat bliźniak Chaim urodzili się w 1920 r. przy ul. Lubelskiej 5 (teraz Żeromskiego). Z Radomiem rodzina była związana od pokoleń. Byli Żydami, ale mieli wielu przyjaciół Polaków i katolików, wszyscy żyli w zgodzie. 

Ruwin, ojciec Icka, miał wozy i konie pociągowe, świadczył usługi transportowe, głównie na trasie Radom - Warszawa. Icek uwielbiał grać z trzema braćmi i chłopakami z sąsiedztwa w piłkę nożną, lubił też z ojcem odwiedzać stajnie i konie. Nawet teraz, na drugim końcu świata, w wieku 97 lat wciąż wydaje mu się, że słyszy odgłosy wozów konnych ciągnących ulicami Radomia.


Szczęśliwe dzieciństwo przerwała śmierć Ruwina Rubinsztejna. Icek miał 12 lat i rozpoczął pracę w składzie drzewa. Dostarczał stamtąd opał do okolicznych domów. Kiedy nie roznosił drew, terminował u szewca albo pomagał mamie sprzedawać owoce. Pracowała i reszta z czwórki rodzeństwa Icka. Tylko dzięki temu udawało się rodzinie jakoś żyć, zarobić na jedzenie i utrzymanie domu. Musieli się też przenieść do mniejszego mieszkania przy ul. Pereca 12 (teraz Podwalna). Obok był uroczy ogródek warzywny, co choć trochę rekompensowało stratę dawnego mieszkania. – Nie mieliśmy wiele, ale byliśmy bogaci wzajemną miłością – mówił po latach, wspominając tamten czas Icek/Joe. A skoro już o miłości, to pierwszą sympatią Icka była Polka, katoliczka. Icek chodził z nią nawet czasem, podczas większych świąt, jak Boże Narodzenie, do kościoła.


Latem 1939 r. Icek razem z innymi radomianami pomagał polskim żołnierzom szykować okopy. Gdy miasto już zajęli Niemcy, zmusili Żydów do kopania rowów, tym razem na wschodzie, na linii rozgraniczającej tereny okupowane przez nazistów i Rosjan. Gdy Icek tam zachorował, został odesłany z powrotem do Radomia. Wiosną 1941 r., gdy Niemcy tworzyli getto, rodzina Rubinsztejnów została rozdzielona. Icek, siostra, młodszy brat i mama zostali w centrum, dwaj starsi bracia trafili do getta na Glinicach. Dwa tygodnie po utworzeniu getta, Icka obudziło walenie do drzwi. Niemieccy żołnierze zabrali go jak stał – bosego, w samej bieliźnie. Trafił z innymi na odkrytą ciężarówkę, w końcu do Auschwitz.


W obozie Icek zmuszony był do pracy przy przenoszeniu ciał zamordowanych w komorach gazowych do dołów, gdzie palono zwłoki. Modlił się, żeby nie trafić na ciała kogoś z rodziny. Tak w głodzie, poniewierce, biciu i nadużyciach seksualnych ze strony „kapo” minęło mu ponad dwa lata. Przez jakiś czas pracował też w pobliskiej kopalni węgla. Kaci zmienili mu imię Józef na „Joe”. Po ewakuacji z Auschwitz, w 1944 r., Joe trafił jeszcze do obozów w Buchenwaldzie, Ohrduf i Terezinie. Nigdy już nie zobaczył nikogo ze swojej rodziny. Jej członkowie zginęli prawdopodobnie w Treblince, gdzie wywieziono większość radomskich Żydów.


Po wyzwoleniu, w Niemczech, Joe spotkał Polkę, katoliczkę Irenę. Jej rodzina mieszkała w Niemczech jeszcze przed wojną. Irena straciła podczas wojny nastoletniego brata Waltera, oskarżonego przez Niemców o szpiegostwo i skazanego na śmierć. Joe i Irena pobrali się i w 1950 r. przybyli do USA. Z czasem Joe Rubinstein stał się jednym z czołowych projektantów obuwia w Nowym Jorku i całych Stanach. Teraz rodzina mieszka w Colorado, a Joe cieszy się synem i trójką wnucząt. Niedawno obchodzili z Ireną 70 rocznicę ślubu.


Joe bardzo długo nikomu nie mówił o swoich wojennych przeżyciach. Zrobił to dopiero za namową pisarki Nancy Sprowell Geise i tak powstała książka Auschwitz #34207 – historia Joe Rubinsteina. W 2015 r., wkrótce po ukazaniu się książki w USA, udało się odnaleźć zdjęcia matki Icka oraz braci Dawida i Chaima. Joe zobaczył twarze bliskich po raz pierwszy od 1941 r. – To największy dar, jaki otrzymałem od losu, znów ich zobaczyć – stwierdził Joe. Nigdy nie wrócił do Radomia. Na „Śladzie” w 2017 r. gościła Nancy. Opowiadała o Joe, spisała dla nas też jego historię. – Joe, mimo że tyle stracił, żyje teraz szczęśliwe. Wszystkim powtarza, że nieważne, kto jaką religię wyznaje, jakiego jest koloru skóry i narodowości, wszyscy powinniśmy się kochać. I wszystkim radzi: kochaj życie, kochaj Boga, kochaj swoich bliźnich. Tylko to się liczy – opowiada Nancy.


Autor: Nancy Sprowell Geise, edycja i tłumaczenie: Jakub Mitek

Fotografie:

 1. Joe z książką, której jest głównym bohaterem 

2. Chaim Rubinsztejn, brat bliźniak Icka 

3. Joe i Irena

Henryk Zylberszlak/Charles Silver
Henryk Zylberszlak/Charles Silver 

Rodzina Zylberszlaków mieszkała w Radomiu od pokoleń. Podobnie jak rodzina żony Hersza Zylberszlaka, Edzi. Nie byli zbyt religijni, chętnie jednak działali społecznie, zarówno na rzecz wspólnoty żydowskiej, jak i całego miasta. Hersz uwielbiał też sport, szczególnie lubił grać w piłkę nożną i jeździć na łyżwach. Edzia, absolwentka miejscowego gimnazjum, była bardzo towarzyska i chętnie poznawała nowych ludzi. Zylberszlakowie prowadzili rodzinny biznes, handlowali wyrobami porcelanowymi. Spokojne życie skończyło się w 1939 r. Zakład został skonfiskowany przez Niemców, rodzina musiała przeprowadzić się do dużego getta. – Podczas jego likwidacji, dziadkowie, podobnie jak wiele ciotek, wujków i kuzynów zostali wysłani do Treblinki, gdzie ich zagazowano. Moim rodzicom udało się uniknąć wywózki. Zostali w Radomiu i pracowali w niemieckim obozie pracy niewolniczej przy Szkolnej – mówi Charles Silver. Tam, w grudniu 1942 r., przyszedł na świat jako Henryk Zylberszlak. – To był, delikatnie mówiąc, nie najlepszy czas na narodziny żydowskiego dziecka. Moi rodzice rozważali nawet dokonanie aborcji, ale odwiodła ich od tego moja babcia, zanim jeszcze została wywieziona na śmierć do Treblinki – opowiada.


Henia ukrywano przy Szkolnej przez dziewięć miesięcy, aż w końcu zrobiło się to zbyt ryzykowne i zapadła decyzja, żeby oddać dziecko poza teren obozu. Opieki nad nim podjęła się Marianna Kopyt. Ukrywała ona już u siebie innych Żydów – dziecko i dorosłego, co przecież było bardzo niebezpieczne. Dlatego też, by zapewnić Henrykowi bezpieczniejsze miejsce, Marianna Kopyt przekazała go siostrom zakonnym, a one dalej do bezdzietnej rodziny z Pionek.


Rodzice Henryka byli w obozach na Majdanku, w Płaszowie i Auschwitz. Cudem ocaleli. Po wojnie, dzięki Mariannie Kopyt, dowiedzieli się, gdzie jest ich dziecko. Henryk miał wtedy już dwa i pół roku, a opiekująca się nim rodzina na tyle zżyła się z dzieckiem, że nie chciała słyszeć o oddaniu go rodzicom. Sprawa trafiła do sądu. Po odzyskaniu Henryka Zylberszlakowie wyjechali najpierw do Monachium, a w 1949 r. do Stanów Zjednoczonych. Tam Henryk został Charlesem Silverem, skończył studia medyczne i został chirurgiem. Służył w armii amerykań­skiej jako lekarz polowy w Wietnamie. Prawie 50 lat temu ożenił się z Kathi. – To cudowna kobieta. Mamy troje cudownych, udanych dzieci oraz czworo wnucząt – chwali się Charles. Jedna z córek – Elisabeth, jest prawniczką i w USA działa aktywnie na rzecz zniesienia kary śmierci. Radomianie, rodzice Charlesa, dożyli słusznego wieku, oboje zmarli dobrze po dziewięćdziesiątce. Dopiero po ich śmierci Charles przyjechał do Radomia. Czuł, że musi to zrobić. W mieście swoich urodzin był dwukrotnie, w 2014 r. i wiosną 2017 r. Niestety nie mógł przybyć na obchody 75. rocznicy likwidacji getta.


Zapewnia, że zawsze będzie pamiętał o tych, dzięki którym przeżył. – Chciałbym wyrazić swoją wdzięczność Polakom, którzy pomogli mi przetrwać ten mroczny okres. Bardzo dziękuję Mariannie, dziękuję też zakonnicom z sierocińca, które dały mi tymczasowe schronienie. Z pewnością zdawały sobie sprawę, iż pomimo jasnej karnacji i włosów byłem dzieckiem żydowskim. Bardzo dziękuję także parze z Pionek – mówi Charles.


Marianna Kopyt za pomoc Żydom otrzymała tytuł Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata. Zmarła w 2015 r. i spoczywa na radomskim cmentarzu przy ul. Limanowskiego.


Autor: Charles Silver, edycja i tłumaczenie: Jakub Mitek

Fotografia: Charles Silver obecnie 

Dawid Garfinkiel (Garfinkel)
Dawid Garfinkiel (Garfinkel) 

Artystyczne pasje

Ojciec Dawida Garfinkiela – Mendel (urodzony w Radomiu w 1859 r.) trochę malował, rzeźbił w drewnie, a utrzymywał się z tworzenia rzeźbionych macew. Prawie wszystkie z dziewięciorga dzieci Mendla i Gitly Rakocz (urodzona w 1862 r. w Radomiu) wykazywały artystyczne zainteresowania. W pełni jednak talent rozwinął (i jako jedyny przeżył Holocaust) tylko Dawid, najmłodszy z Garfinkielów, urodzony w 1902 r. Rodzina mieszkała przy ul. Lubelskiej 12 (teraz Żeromskiego). Dawid studiował na akademii sztuki w Krakowie, a po odbyciu służby w polskim wojsku także w Warszawie. Podobnie jak wszyscy młodzi artyści w tym czasie, marzył, by znaleźć się w Paryżu, centrum ówczesnego świata sztuki. 

 

Udało mu się to w 1932 r., a Francja stała się z czasem jego drugą ojczyną. Rodzice: Mendel i Gitla zmarli już w 1924 r., ale Dawid cały czas utrzymywał kontakt z pozostałym w Radomiu rodzeństwem. Nawet po wybychu wojny. Po inwazji, w 1940 r., Niemców na Francję Dawid już wraz ze swoją rodziną – żoną i córką – uciekli do Lyonu. Władzę w tej części Francji sprawował kolaborujący z nazistami tzw. rząd Vichy. Mimo że rodzina Garfinkielów musiała się ukrywać, Dawid nie porzucił twórczości – malował, a nawet wystawiał swoje prace. W 1946 r. rodzina (wtedy już z trójką dzieci) przeniosła się z powrotem do Paryża.


Wojna zebrała jednak swoje żniwo... Jego pracownia została splądrowana, a wszystkie prace skradzione. Dawid odkrył też z przerażeniem, że cała jego najbliższa rodzina zginęła w okupowanej Polsce. Nawet nie wiadomo dokładnie, jak i kiedy zginęło jego pięć sióstr i trzech braci, czy zostali zabici w radomskim getcie, czy zagazowani w Treblince.

Zginęli:
• najstarsza siostra Chana Ruchla (ur. w 1882 r.,) i jej mąż Mosiek Szymon Milchior oraz ich trójka dzieci: Szaja, Izrael Icek, Bina;
• siostra Rozalia (ur. w 1885 r.), nie wyszła za mąż, lubiła się bawić z rodziną i przyjaciółmi, malowała i wystawiała swoje prace, mieszkała przy ul. 1 Maja (teraz 25 Czerwca);
• najstarszy brat Hirsz (ur. w 1885 r.) i jego żona Chaja Perla Kadysiewicz oraz ich czwórka dzieci. Hirsz także malował;
• siostra Sura Laja (ur. w 1890 r.) i jej mąż, księgowy Chaim Tenenbaum. W Radomiu mieszkali do 1938 r., potem przeprowadzili się do Łodzi;
• brat Feliks (ur. w 1892 r.) z żoną Cypą Gutstein, dwójką ich dzieci: Franią i Markiem. Rodzina żyła w Warszawie, gdzie Feliks był fotografem;
• siostra Dora (ur. w 1894 r.), nauczycielka m.in. w Jedlińsku, wraz z mężem Yossipem Baumem i ich córką;
• siostra Elka (ur. w 1896 r.) z mężem Lazarem Koganem, fotografem z Tomaszowa Mazowieckiego i córkami: Niusią i Idą;
• brat Hilary (ur. w 1900 r.) i jego żona Ruth oraz dwoje dzieci, mieszkali w Radomiu.

Ostatni list, który dotarł do Dawida z okupowanej Polski, został wysłany 10 lipca 1941 roku. Jest bardzo poruszający. Podpis głosi, że został napisany w małym getcie na Glinicach, gdzie została umieszczona Rozalia i Hirsch z rodziną.


Przeżyła tylko urodzona w 1919 r. w Radomiu Basia, córka Sury Lai Garfinkiel i Chaima Tenenbauma. W lecie 1939 r. do Polski, odwiedzić rodzinę, przyjechał obywatel USA Abraham Kaufman. Poznał Basię i zakochał się w niej bez pamięci. W kilka dni po jego powrocie do Ameryki wybuchła wojna. Nie bacząc na to Abraham ruszył z powrotem do Polski, do Basi. Poślubił ją i w listopadzie 1939 r. byli już w Stanach.


Opowieść o rodzinie Garfinkielów spisała dla nas córka Dawida – Edith Chomentowski. – Mój ojciec Dawid Garfinkel nigdy mi nie opowiadał o życiu swoim i swojej rodziny w Polsce. Tak jak inne dzieci nie miałam śmiałości pytać. Teraz jest za późno... Tata zmarł w 1970 roku – pisze Edith. Dopiero kilka lat po jego odejściu, do Edith dotarło, jak wielki dramat cały czas przeżywał ojciec, stracił wszystkich bliskich. Uciekał od tych myśli w sztukę. Tworzył nieustannie, zostawił ogromny zbiór obrazów, akwareli i rysunków. Były one wielokrotnie prezentowane na wystawach na całym świecie. Ostatnia ekspozycja miała miejsce w 2017 roku w Bibliotece Polskiej w Paryżu i okazała się wielkim sukcesem.


Autor: Edith Chomentowski, edycja i tłumaczenie: Jakub Mitek

Fotografia: Dawid Garfinkiel z siostrami w przedwojennym Radomiu 

Nachum (Niutek) Landau
Nachum (Niutek) Landau  

Jak Niutek został rolnikiem 

Nachum Landau (1916–2006) po ukończeniu w Radomiu w 1935 r. szkoły średniej postanowił zdawać do Warszawy na studia rolnicze. Nie został przyjęty ze względu na ograniczenia dla Żydów w dostępie do studiów. Wtedy Niutek (tak wołano go w domu) postanowił wyjechać do Palestyny i tam się uczyć. Z rodziną mieszkającą w Radomiu przy ul. Słowackiego 19 oraz ze znajomymi utrzymywał kontakt listowny. Oprócz Niutka Landauowie mieli jeszcze cztery córki i syna. Gdy Niemcy utworzyli getto, rodzina została przeniesiona na ul. Pereca 3 (teraz Podwalna). Niedługo potem listy przestały przychodzić. W Palestynie Niutek spotkał radomiankę Hannę Bekerman (1919–2005) i w grudniu 1942 r. pobrali się. W Izraelu Nachum pracował dla ministerstwa rolnictwa, zajmował się zakładaniem upraw w południowej, pustynnej części kraju. W nowym kraju urodziły się radomianom trzy córki: Yael, Tamar i Miri. Ta ostatnia przekazała nam archiwalne zdjęcia oraz listy i wraz z cała swoją rodziną odwiedziła Radom w 2017 r.

Większość Ocalonych nie ma zdjęć z dawnych czasów. Zginęły, jak tamten świat, podczas likwidacji getta. Fotografie tamtych radomian, tamtego miasta, zachowały się w zasadzie tylko wtedy, kiedy były w ich posiadaniu byli także polscy znajomi lub zostały wcześniej przesłane krewnym za granicę, czy zabrane przez emigrujących z Polski. Z całej rodziny Landau wojnę przeżył tylko Niutek.


Autor: Miri Shamir, edycja i tłumaczenie: Jakub Mitek

 

Fotografia: Radom 1933, Nachum Landau (drugi od lewej) z kolegami  

Jerzy Rozenberg
Jerzy Rozenberg  

Halo, tu Jerzyk - Hello, Jerzyk here  

Jehuda Rozenberg, teraz w Izraelu, w Radomiu Jerzyk, bo był przecież wtedy małym chłopakiem, a potem już tak zostało – dla rodziny, dla polskich znajomych. – Halo, tu Jerzyk – mówi wciąż starszy już przecież pan, dzwoniąc do Resursy. Rozenberg to prawdziwy przyjaciel „Resursy Obywatelskiej”. Jest z nami w stałym kontakcie, śledzi nasze poczynania na stronie internetowej i kibicuje we wszystkim.

Urodził się w 1927 r., mieszkał przy ul. Sienkiewicza. Jego ojciec pochodził ze Lwowa, w Radomiu miał zakład fryzjerski przy ul. Piłsudskiego. – To była dobra, elegancka dzielnica. Wśród klientów ojca przeważali okoliczni Polacy – wspomina. Jerzyk przeżył likwidację getta, pracował dla Niemców w „Tytoniówce”. Przetrwał też potem pobyt w obozach koncentracyjnych. Po wojnie, gdy okazało się, że większość znajomych nie miała tyle szczęścia i że żydowski Radom już nie istnieje, postanowił ruszyć do Palestyny. W 1947 r. płynął razem z kilkoma tysiącami Ocalonych na statku „Exodus”. U wybrzeży Palestyny statek został ostrzelany przez Brytyjczyków i zawrócony do Europy. W końcu Jerzyk dotarł do Izraela, poznał pochodzącą także z Polski Ilanę i założył rodzinę, pracował w budownictwie, działał w stowarzyszeniu „Beit Radom”, skupiającym dawnych radomian. Po latach odwiedził Radom. Byli tu także, by zobaczyć wciąż istniejący dom rodzinny – jego syn i wnuk, żona. Swoją historię opowiedział uczniom z Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 4, pracującym pod kierunkiem Ewy Wziątek. Uczniowie zaprezentowali ją zebranym w 2015 r. w Resursie, na Spotkaniach z Kulturą Żydowską „Ślad”. Wszyscy byli wzruszeni, cała sala wstała i zaśpiewała Jerzykowi „Sto lat”. – Dziękuję bardzo – powiedział przysłuchujący się temu przez telefon Rozenberg. – Proszę do nas przyjechać – prosili radomianie. – Postaram się – usłyszeliśmy. Jerzyk, wciąż czekamy!


Autor: Renata Metzger

 

Fotografia: Tel Aviv 2014 r., Ilana i Jerzyk Rozenbergowie i Renata Metzger z „Resursy Obywatelskiej” dyskutują o wyższości polskiego jedzenia nad wszelkimi innymi…